Fiordy, lodowce i papugi

Różnorodność Nowej Zelandii jakiej dziś doświadczamy ma dość mgliste oblicze… Jedziemy blisko 300 km z Queenstown na południe, a potem na zachód w stronę najbardziej dzikich, trudno dostępnych i bardzo rzadko zaludnionych obszarów. Cała Wyspa Południowa to niemal połowa obszaru Polski, ale na tym terenie żyje raptem 1 mln ludzi. Tłoku raczej nie ma.
Jedziemy dziesiątki kilometrów w malowniczych, rozległych dolinach uformowanych przez lodowce, w sąsiedztwie licznych, szmaragdowych czy turkusowych jezior i nie widzimy ŻADNEGO człowieka ani siedziby jego. Po horyzont łąki z żarnowcem i pięknie wybarwionymi łubinami, a ponadto ogromne stada owiec i jeleni.
W tej scenerii we mgle i deszczu lub mżawce zmierzamy w stronę Fiordland National Park czyli zachodnich wybrzeży wyspy. Po drodze szczyty po obu stronach drogi stają się coraz bardziej nagie, oplatane dziesiątkami warkoczy wodospadów, tu i ówdzie widać śnieg w postaci mocno przybrudzonych jęzorów. Na szczytach jest go dużo ! W dolinach mamy jeszcze okazję wejść w wilgotny, omszały las deszczowy strefy umiarkowanej. Spotykamy też dziwo natury – papugi KEA. Spore to ptaszysko ubarwione ochronnie i znakomicie wpisujące się w koloryt środowiska nie tylko nie boi się zimna, deszczu, śniegu, mocno hałasuje a swym potężnym dziobem w mig rozprawia się z uszczelkami w aucie czy drobnymi elementami sterczącymi jak np. Zraszacze do szyb. Taki oryginalny stwór🙂
Cała droga naznaczona jest wilgocią wszechobecną – i tą z nieba i tą na ziemi, ale w tym rejonie gdzie średnie opady to ponad 7 metrów (!) słupa wody na m2 kiedyś ta norma musie być wypadana .

W końcu przez długi tunel w skale przejeżdżamy ” na stronę morza” czyli znajdujemy się w strefie bezpośredniego wpływu akwenu Morza Tasmana. Tu mamy nadzieję, że deszcz lekko odpuści i wishfull thinking okazuje sié skuteczne. Tylko mży !
Docieramy do sporego terminalu promowego ulokowanego na końcu fiordu Milforda ( Milford Sound). Jak wszystko w Nowej Zelandii obiekt jest prosty, funkcjonalny, bez żadnych wodotrysków i zbędnych bajerów, za to dobrze oznakowany, przyjazny użytkownikowi. Stąd popłyniemy promem wzdłuż fiordu ku otwartemu morzu – Morzu Tasmana. Wieje dość mocno, ale na otwartym pokładzie przy pewnej dozie determinacji można podziwiać skaliste zbicza oblewane rozlicznymi wodospadami i wodą deszczową. Część zboczy porasta owa dziewicza omszała puszcza aż do poziomu morza, a my na wstępie możemy się zachwycać mroczną sylwetką szczytu nazywanego ze względu na kształt Mitrą Biskupa . Jest on ( ponoć) najwyższym szczytem wyrastającym bezpośrednio z poziomu morza- osiąga wysokość 1695 m.
A potem są wodospady, stada fok ( kotiki nowozelandzkie), wodospady, foki, aż dopływamy do otwartego morza fdzie promem mocno rzuca, ale dzielnym kapitan bezpiecznie manawruje w czasie nawrotu i po niemal 2 godzinach spokojnie docieramy do przystani.
Piękne doświadczenie i z jednej strony żal, że słońce nie zechciało nam oświetlić fiordu ani otaczających szczytów, z drugiej – w tej mglistej, chmurnej scenerii to wszystko wokół miało taki tajemniczy urok.

20131127-094902.jpg

20131127-094924.jpg

20131127-094946.jpg

20131127-094955.jpg

2 thoughts on “Fiordy, lodowce i papugi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s