Dzień siódmy – kulminacja atrakcji

Wódz wyjechał, zostaliśmy sami ,a tak naprawdę zostałyśmy, bo mlodziaki wybrały wolność czyli basen hotelowy .
Nadal bazą jest JINGHONG , ale dziś wyruszylismy z niego na wschód, w stronę Menghai.
Tam trafilismy na niezwykle egzotyczny i malowniczy targ gdzie jak to w tej czesci swiata dzieje sie sporo,a obserwacje rozmaitych typow ludzkich , stroje, zachowania, towar jaki oferują sprzedawcy to super poligon fotograficzny.
Wschód prowincji Banna to kraina bananowa, herbaciana i trzcinowa. Ogromne połacie sadow bananowych i pól trzciny cukrowej towarzyszyły nam aż do Osmiokątnego Pawilonu – buddyjskiej świątyni gdzie zamieszkuje kilkunastu mnichów w szafranowych szatach. Trwa akurat 3-miesięczny festiwal Zamkniętych Drzwi , ktory oznacza dla wyznawców buddyzmu konieczność skupienia sie na pracy w polu, zakaz zawierania małżeństw , budowania domów , odesłanie od świątyń, bo trzeba w nich być przynajmniej raz w tygodniu. Po tym festiwalu następuje rownież 3-miesięczny Festiwal Otwartych drzwi , kiedy to wszelkie wcześniejsze zakazy znikają.
Oglądaliśmy dziś takze wsie ludu Aini, ktory specjalizuje sie w uprawie herbaty, plantacje krzewów herbaciancyh oplatają okoliczne zbocza i wyglądają bardzo malowniczo. Biznes herbaciany jest raczej lukratywny, bo wsie mniejszości etnicznej Aini swoim stylem nawiązują do amerykańskich wzorców i polskim gargameli, bezsprzecznie jednak – w porównaniu z tymi polozonymi na południe od Kunmingu – są o 3 epoki do przodu, czystość jest takze radykalnie lepsza.
Po drodze zahaczylismy o cmentarz Chinczykow Hani , których groby są jednymi z nielicznych gdzie grzebane są ciała ( Buddysci palą swoich zmarłych i rozsypuja prochy gdziekolwiek ) . Cmentarz niczym sie nie wyróżniał, za to pogryzly nas komary. Malarone lykamy juz i tak, bo tu w tropiku jest to wskazane i medyk Mariola wydała prikaz. Reszta środków antykomarowych to tylko balast w bagażu, kompletnie nie działają !
Po drodze wstapilismy do wsi ludu Dai – to de facto Tajowie po chińskiej stronie granicy . Maja inne rysy twarzy, są bardziej zaradni , a ich kobiety uchodzą wsród „głównych” Chinczykow tj. Hani za mistrzynie życia czyli świetny materiał na żonę. Trafiliśmy do chałupy Hani gdzie dzięki naszym przewonikom – Ianowi i Rickiemu pozwolono nam obejrzeć cały dom łącznie z zapleczem. Miła gospodyni o uroczym uśmiechu przebrała się dla nas w strój swojego ludu co trwało blisko 1/2 godziny i zachwyciła nas wszystkich. Feeria barw, mistrzostwo haftu, skomplikowana konstrukcja nakrycia głowy- po prostu pięknie. A chata z żywym paleniskiem jak w naszych kurnych, gdzie rozniecany ogień powalajaca przygotować jedzeńie dla rodziny. Niezwykle sympatyczne to było spotkanie i okazja fotograficzna!
Potem jeszcze wizyta w herbaciarni z degustacją lokalnych herbat : pu’er zielonej i pu’er czerwonej. Obie wiozę do spróbowania świadoma tego, ze zwykle te cuda smakują swietnie in statu nascendi. Ale być w Yunnanie i nie przywieźć herbaty ??!
Wieczorne atrakcja był show w lokalnym teatrze- taka atrakcja dla tubylcow i turystów. Spektakl , o którym można napisać KICZ SKONDENSOWANY, ale dla mnie było to kompletnie nowe doświadczenie kulturalne – coś pomiędzy Las Vegas, Bollywood , operetką, cyrkiem i nie wiem czym jeszcze. Feeria barw i to takich o których można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, ze są stonowane. Dla Chinczyka wszystko musi być jarzeniowe, brokatowe, lśniące, iskrzące sięi najlepiej różowe.
W samym pokazie atrakcji plebejskich moc , bo i taniec i solista w stylu Karela Gotta, i girlaski, pokaz polykaczy ognia, akrobacje dziecięce, smigus dyngus , no i widzowie…..
Jedzą, piją, mlaszczą, wychodzą na papierosa, kręcą sie bezustannie. Stroje to styl bazaru w Radzyminie , ale młode dziewczyny często bardzo urodziwe, faceci – masakra. Nalane typy w plastikowych polo w paski cuchnacy papierosami.
W trakcie sceny finałowej większość już wychodzi, albo kupuje DVD, albo wskakuje na scenę by sie sfotografować z artystami. Szok kulturowy, ale warto było to zobaczyć. Jutro lot do Dali ( ok. 1 gidz. ) i od razu zwiedzanie .
Idę spać.

ET from iPAD

2 thoughts on “Dzień siódmy – kulminacja atrakcji

  1. Witaj,
    Dzień siódmy tak barwnie opisany – super– że czułam się przez moment jakbym z Tobą była. Dziękuję> Ewa Sz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s