Dzień piąty i szósty- Mekong, rowery i owoce

Wczorajszy dzień jako transportowy nie znalazł sie odręcznie na stronie, bo na to nie zasłużył. Bez mała 7 godzin w autobusie z Yuanyuang i naszego dość paskudengo hotelu w remoncie przez chińską prowincję do stolicy Yunnanu – Kunming, oziębłe nad wyraz rozstanie z Charlsem i opóźniony lot lokalnymi, ale nie byle jakimi liniami tylko LUCKY AIR do miejsca , którego nazwa jest tak trudna, ze nawet Chińczycy ją skrocili i jest zamiast Xishuangbanna ( czyt. sziszuanbanna) po prostu Banna.
To gmina w której punktem centalnym jest JINGHONG – miasto kilkusettysieczne w ewidentnie tajskiem stylu. Choć do Tajlandii jest kawałek , a najbliżej jest granica z Laosem i Birmą wszystko tu łącznie z jedzeniem przypomina mi Tajlandię. Na maleńkim lotnisku przywitali nas Ricky i Ian – jak nazwy wskazują – rodowicie Chińczycy, mlodziaki, które przez najbliższe 3 dni bedą naszymi Cicerone. Są sympatyczni i chętni do przekazania informacji, jeszcze nie wiedza, ze trafili na nielatwy materiał ludzki ;-/
Po pysznej tajskiej kolacji z wyrazistym , pikantnym zarelkiem trafiliśmy do hotelu typu PARADISO czyli kaskady krysztalowych wazonow, piekne palmy przez budynkiem, iluminacja, super klimatyzacja, czystki , schludńie i swiatowo. To cudo to King Land Hotel. Tu będziemy 3 dni. Bosko.
Dziś rano z tego hotelu wyruszylismy nad Mekong, który winę sie z Tybetu przez Chiny i kilka inncy krajów by zakończyć bieg w Wietnamie. Rzeka jest wielka, buro-brązowa i jest ważnym traktem komunikacyjnej dla tej czesci Azji.
Po odwiedzeniu wioski Ganlaba zamieszkiwanej przez mniejszość etniczną Dai i ichniego targu z pierozkami i kaskadami owoców ( raj ananasowy, mangowy, bananowy, pomelowy, granatowy i Bóg wie jeszcze jaki) przeplynelismy promem przez Mekong w tę i z powrotem, by sie przekonać , ze wobec braku mostów to jedyny sposób połączenia mieszkańców wsi po obu brzegach rzeki.
Po tym zeglugowym eksperymencie wsiedlismy na rowery i ryszylismy na wycieczkę przez wsie mnieszosci Dai. W tropikalnym upale, na szczęście bez deszczu ( pora deszczowa nadal trwa !) , na szczęście tez bez ostrego słońca przepedalowalismy blisko 20 km objuczeni sprzętem w czym Bogusia wiodła prym. Wypoilismy hektolitry wody, ale było warto ! Taki wgląd w życie nacji dla nas egzotycznej nie w wersji cepelia tylko autentyk. Znakomita droga betonową wsród sadow bananowych i szpaleru papai – po prostu super !
Potem jeszcze wizyta w największym ogrodzie botanicznym Chin i atrakcji skali AAAAA czyli max – tu lekko już byliśmy nadszrpnieci temperaturą ( mocno ponad 30 + mega wilgotność )i uroki tych wszystkich cudów natury z drzewami tekowymi, gigantycznymi figowcami, dracenami i innymi botanicznymi cudami Ziemi a na pewno tego regionu nie robiły na nas takiego wrażenia jak – być moze – powinny.
Odpuscilismy odwiedziny w kolejnej wsi etnicznej i z radością wróciliśmy do hotelu gdzie temperatura jest radykalnie przyjazniejsza dla Europejczyka.
Wieczór to pozegnanie Maćka, który jutro leci do Polski, Bogusia przejmuje kasę, a ja…… ech co tu gadać, coś jak z rola partii😦

ET from iPAD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s